Sprawiedliwy Handel – codziennie wpływamy na losy świata
Dlaczego warto uczyć o Sprawiedliwym Handlu
– Sprawiedliwości społecznej nigdy nie było i nigdy nie będzie – mówią jedni. – Tak, ale gdyby nie to, że ludzie do niej dążą, nadal mielibyśmy w Polsce niewolnictwo lub pańszczyznę albo 14-godzinny dzień pracy – odpowiadają drudzy. Idea Sprawiedliwego Handlu, która zyskała wielką popularność na Zachodzie, a kilka lat temu zawitała też do naszego kraju, jest próbą rozwiązania ogromnego problemu dotykającego współczesny świat. Czy się powiedzie? Zależy to również od nas.
– Przestańmy wreszcie pomagać Afryce! Pomoc bardziej jej szkodzi niż pomaga – przekonuje z pasją Dambisa Moyo, ekonomistka pochodząca z Zambii, która ukończyła studia na Harvardzie, zrobiła doktorat z ekonomii na Oxfordzie, a potem pracowała w renomowanych bankach w Stanach Zjednoczonych. Postulat, aby wstrzymać pomoc dla kontynentu, na którym ludzie umierają z głodu, zaszokował wielu, lecz z drugiej strony – wyraża poglądy znacznej części ekspertów zajmujących się pomocą krajom Południa, a także... wielu Afrykańczyków.
Trudno pozostać obojętnym, gdy przypomnimy sobie, że każdego dnia z powodu głodu i niedożywienia na świecie umiera 30 tysięcy ludzi. Dwie trzecie mieszkańców globu żyje w skrajnym ubóstwie. Czy mamy o tym po prostu zapomnieć?
Moyo wierzy w rozsądek i wrodzoną przedsiębiorczość Afrykańczyków. W książce pt „Dead Aid” („Martwa pomoc”), która przyniosła jej światową sławę, udowadnia, że obecny system pomocy krajom Południa po prostu się nie sprawdza. Wzmacnia uzależnienie krajów biednych od ich byłych kolonizatorów i przyczynia się do korupcji. A co najważniejsze – w historii nie znajdziemy ani jednego przykładu państwa, które wydobyło się z nędzy tylko dzięki pomocy, szczególnie jeśli ta ciągnie się przez całe dziesięciolecia. Dlatego zambijska ekonomistka proponuje, aby oprzeć rozwój Afryki na mechanizmach rynkowych, a nie na jałmużnie krajów bogatych, które udzielając pomocy, często i tak skupiają się głównie na tym, aby załatwić przy okazji własne interesy polityczne czy gospodarcze.

– To wylewanie dziecka z kąpielą – ripostuje wiele organizacji zajmujących się pomocą krajom Południa. Nie ulega wątpliwości, że są takie sytuacje, kryzysy humanitarne, gdy pomoc jest niezaprzeczalnym obowiązkiem ludzkości – czyli każdego i każdej z nas. W sytuacji nagłych kataklizmów czy wojen nie można odmówić ofiarom natychmiastowej pomocy, która ratuje ich życie i zdrowie. Takie zaniechanie byłoby zbrodnią.
Lecz jak zapewnić długotrwały wzrost dobrobytu w krajach ubogich? Brak stałego dostępu do wody pitnej, brak edukacji nawet na poziomie podstawowym czy skrajne ubóstwo wymagają pomocy już nie humanitarnej, lecz rozwojowej. Tylko czy warto w nieskończoność utrzymywać np. biedne dzieci w sierocińcu gdzieś w Afryce, czy organizować zbiórki na lekarstwa, skoro wiemy, że nie zmienimy tym ogólnej sytuacji w danym mieście, nie mówiąc już o całym państwie? W ten sposób możemy pomóc konkretnym dzieciom, ale nie łudźmy się – wielu ludzi w ten sposób ubija interes z własnym sumieniem: raz na rok wpłacić 5 złotych „na dzieci w Afryce”, a za to przez resztę roku nie myśleć o krajach ubogich.
O dziwo, okazuje się, że w tej sprawie większość specjalistów ma podobną receptę: więcej równości pomiędzy Europą a Afryką. Europa to także Polska, więc od razu powstaje pytanie, jaki my możemy mieć udział w procesie wyrównywania szans wszystkich krajów? Jak ten postulat przełożyć na realia polskiej szkoły?
Janet Nalunga, ekonomistka i ekspertka z ugandyjskiej organizacji pozarządowej, parę lat temu przyjechała do naszego kraju na zaproszenie Polskiej Akcji Humanitarnej. Podczas szkolenia dla polskich organizacji pozarządowych mówiła bez ogródek: - Umowy o partnerstwie gospodarczym, które Unia Europejska forsuje od lat wobec krajów Afryki, Karaibów i Pacyfiku, po prostu nas zrujnują. Europa, obiecując pomoc w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju, stara się zmusić nas do podpisania niekorzystnych dla nas umów handlowych.
Janet uśmiechała się często, ale mówiła stanowczo. - To nie jest sprawiedliwe! Jak możemy odmówić przyjęcia waszej pomocy, skoro nasze dzieci nie mają szkół, a w kraju brakuje szpitali? Jednak i tak sprzeciwiamy się tym umowom – tłumaczyła Janet – bo wiemy, że w dłuższej perspektywie więcej na nich stracimy niż zyskamy.
W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat kraje bogate wydały 2,3 biliona dolarów na pomoc krajom biedniejszym. 2,3 biliona, czyli mówiąc inaczej 2,3 miliona milionów! To astronomiczna suma. Dlaczego więc Afryka wciąż nie jest kontynentem mlekiem i miodem płynącym? Na pewno część winy leży po stronie firm europejskich, które realizują przedsięwzięcia finansowane przez zachodnie rządy. Afryka pełna jest przykładów inwestycji, które okazały się kompletną porażką. Niewiele zyskali na nich Afrykańczycy, o wiele więcej firmy komercyjne, które zrealizowały intratne kontrakty.
– Dopiero w Kamerunie tak naprawdę to zrozumiałem – przyznaje Marcin, który pracuje w Polskiej Akcji Humanitarnej od kilkunastu lat. – Gdy nasz mikrobus zatrzymał się na jednym z posterunków drogowych, do samochodu podbiegły dzieci, żeby sprzedać turystom najróżniejsze owoce. Byłem akurat głodny, więc od chłopca na oko siedmioletniego kupiłem dużą kiść bananów. Żeby ją sprzedać, musiał kilka godzin czekać w piekącym słońcu. A ja zapłaciłem za nią równowartość 10 groszy – tyle, ile chciał. Nie mogłem pojąć, jak to możliwe, ale wkrótce się to wyjaśniło.
– Dotarliśmy do celu podróży. Właśnie rozpoczęła się konferencja rolników z całej Afryki Zachodniej. Debatowali, co zrobić, żeby obronić się przed zalewem tanich produktów rolnych dotowanych przez Unię Europejską. Delegat z Senegalu skarżył się na importowaną cebulę, która wypiera z rynku miejscową. Kameruńczycy mówili o mleku w proszku produkowanym w Europie, za które koncerny międzynarodowe dostają dotację od podatnika europejskiego – również polskiego, czyli pośrednio od każdego z nas. Dzięki subsydiom wielkie firmy agrobiznesu mogą sprzedawać swoje produkty na afrykańskich rynkach po cenach poniżej kosztów produkcji. Dowody podobnych problemów podawali rolnicy z Burkina Faso, Nigru i Togo. Te państwa nie mają pieniędzy nawet na podstawowe potrzeby, takie jak opieka medyczna czy zapewnienie dzieciom nauki szkolnej, choćby na poziomie podstawowym. Nie mogą więc wspierać rolników. Skutek? Wielu z nich nie wytrzymuje konkurencji. Muszą się godzić na coraz niższą płacę za swoją pracę. Właśnie dlatego ja mogłem kupić kiść bananów za marne 10 groszy.
Równie ważny jest dostęp do rynków w Europie, który pozwoliłby Afrykańczykom eksportować swoje produkty i w ten sposób zarabiać twardą walutę. W tej sprawie istnieje konkretne i sprawdzone rozwiązanie – Sprawiedliwy Handel.
Problem zaczęto dostrzegać ponad pięćdziesiąt lat temu. Najwcześniej uświadomiły go sobie organizacje pomocowe i misjonarze. W pewnym momencie doszli do wniosku, że praca charytatywna – rozdawanie darów czy finansowanie nauki dzieci w szkołach lub sierocińcach – chociaż bardzo potrzebna, nie rozwiązuje głównego problemu: potrzeby stałych dochodów z pracy dla większości społeczeństwa. Dlatego już prawie czterdzieści lat temu organizacje pomocowe niemieckiego kościoła katolickiego i kościoła ewangelickiego założyły największą dziś organizację zajmującą się Sprawiedliwym Handlem - GEPA. Nowy ruch zaczął pączkować w całej Europie, a obecnie różnego rodzaju organizacje Sprawiedliwego Handlu coraz szybciej rozwijają swoją działalność i w wielu krajach faktycznie docierają już do masowego konsumenta.
Sprawiedliwy Handel daje konsumentom możliwość wspierania ubogich ludzi w krajach Południa, ale nie przez darowiznę, lecz przez płacenie uczciwej ceny za produkty. Uczciwej, czyli takiej, która biednym rolnikom w Afryce, Ameryce Łacińskiej czy Azji pozwala zapewnić podstawowe potrzeby dla siebie i swoich bliskich. Rolnicy zrzeszają się na ogół w spółdzielniach, te sprzedają produkty w ilościach hurtowych organizacjom eksportującym kawę, herbatę czy banany do Europy. Produkty takie opatrzone są specjalnym znaczkiem, który potwierdza, że uczciwość tej wymiany została sprawdzona przez niezależną organizację certyfikującą. Żywność ta jest przy tym zdrowsza, bo wiele produktów posiada certyfikat żywności ekologicznej. Sprawiedliwym Handlem objęta jest nie tylko żywność – wyroby rękodzieła artystycznego, torby, portfele, piłki czy zabawki też są atrakcyjnym towarem dla europejskich świadomych konsumentów i konsumentek.
Czym Sprawiedliwy Handel różni się od zwykłego? Przede wszystkim tym, że zasady etyczne stoją w nim ponad chęcią zysku. W zwykłym handlu strona silniejsza – a jest to często wielka międzynarodowa korporacja – dyktuje warunki słabszemu: – Nie chcesz sprzedać swoich produktów po niskiej cenie? Znajdziemy kogoś innego!
Natomiast Sprawiedliwy Handel regulowany jest rygorystycznie przestrzeganymi zasadami. Oprócz uczciwej zapłaty za pracę rolnicy korzystają z dodatkowego wsparcia, które pozwala im wyjść z ubóstwa, np. z gwarantowanej ceny, dzięki której mogą planować swoje dochody czy inwestycje w społeczności lokalnej (w edukację, dostęp do wody pitnej, infrastrukturę). Dlatego nie dziwi, że Sprawiedliwy Handel zyskuje coraz większą popularność w Europie. Według ostatnich danych obroty produktami certyfikowanymi osiągnęły prawie 3,5 miliarda euro rocznie. Wcześniejszy raport ujawnił, że dochody te pozwalają się utrzymać 7,5 miliona ludzi w krajach ubogich.
W porównaniu ze zbiórkami pieniędzy „na Afrykę” Sprawiedliwy Handel ma jeszcze jedną zaletę:
przekazujemy pieniądze w zamian za konkretne produkty. Wspieramy tym przedsiębiorczość Afrykańczyków i pomagamy w zwalczeniu uzależnienia od pomocy, na które narzekają zarówno kraje pomagające, jak i sami biorcy.
– Dzięki charakterystycznemu znaczkowi mój sześcioletni syn bezbłędnie rozpoznaje kawę i herbatę ze Sprawiedliwego Handlu – cieszy się Marcin. – Gdy mały Ignaś czasem idzie z ciocią na zakupy, poucza ją, których produktów nie należy kupować, bo wyprodukowały je koncerny, które szkodzą ludziom w Afryce. – Dziecko może zrozumieć takie sprawy, gdy mu się je odpowiednio wytłumaczy – przekonuje Marcin. – Opowiadałem synowi o tym, jak żyją ludzie w biednych krajach, pokazałem zdjęcia z podróży. A potem zapytałem, czy by się cieszył, gdyby tata musiał pracować od samego rana do późnej nocy. Oczywiście, że nie – lepiej, żeby tata wcześniej przychodził do domu! – Widzisz, tego samego chcą dzieci w Afryce. Jeśli będziemy kupować produkty ze Sprawiedliwego Handlu, to tatusiowie w biednych krajach będą mogli mniej pracować i spędzać więcej czasu ze swoimi dziećmi. Takie wytłumaczenie w zupełności wystarczyło Ignasiowi.
Oczywiście, inaczej będziemy tłumaczyć ten temat gimnazjalistom czy licealistom, ale ten przykład pokazuje, że zasady handlu międzynarodowego to nie tylko domena ekonomistów, ale też sprawa dla każdego z nas – jeśli chcemy, aby konkretni ludzie w krajach globalnego Południa mogli całkowicie uniezależnić się od pomocy.
Od 2009 roku promocją Sprawiedliwego Handlu zajmuje się w Polsce koalicja organizacji pozarządowych, do której należy również Polska Akcja Humanitarna. Strona internetowa www.fairtrade.org.pl jest skarbnicą informacji, które mogą być przydatne w szkole. Wśród prezentowanych pomysłów przeczytamy m.in. o ruchu Miast przyjaznych dla Sprawiedliwego Handlu – miejscowościach, których mieszkańcy i lokalne organizacje na co dzień wspierają ludzi w krajach Południa poprzez uczestniczenie w Sprawiedliwym Handlu. Uzyskanie tytułu Miasta Sprawiedliwego Handlu wymaga wprowadzenia pięciu konkretnych zmian w funkcjonowaniu lokalnej społeczności. Do tej pory udało się to ponad 890 miastom na świecie. Czy chcielibyście do nich dołączyć?

Na tym nie kończą się możliwości działania dla szkoły i lokalnych organizacji. Po pierwsze, warto poznać ideę mikrokredytów - w tym celu podążmy śladem Muhammada Yunusa , który w 2006 roku dostał Pokojową Nagrodę Nobla za skuteczny sposób na wyciąganie z ubóstwa ludzi w krajach Południa. Już w latach siedemdziesiątych zaczął udzielać im małych pożyczek – rzędu kilku dolarów – które umożliwiają rozwinięcie małego przedsiębiorstwa i zdobycie skromnego dochodu. Obecnie nie trzeba już jechać do Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej, żeby stać się pożyczkodawcą. Ułatwieniem są organizacje takie jak Kiva (www.kiva.org), dzięki którym nawet przez internet możemy zainwestować nasze pieniądze w lokalnego przedsiębiorcę w innej części świata.
Warto także zainteresować się pieniędzmi, które przekazywane są z naszych podatków na pomoc rozwojową. Spośród około miliarda złotych, które Polska przekazuje na ten cel, tylko niewielka część trafia do krajów, które tego najbardziej potrzebują. Na przykład bezpośrednio do Afryki trafia tylko kilka procent polskiej pomocy dwustronnej, czyli tej, którą przekazujemy bez pośrednictwa Unii Europejskiej czy ONZ. Chociaż nasz rząd zobowiązał się do wspierania tego kontynentu, obietnice złożone Afrykańczykom pozostają wciąż niespełnione. Kredyt w ramach polskiej pomocy dostają Chiny, które przecież mają największe rezerwy walutowe na świecie. Rząd tłumaczy to potrzebą promocji polskiego eksportu. Ale przecież to w ogóle nie jest pomoc! Dlatego potrzebne jest szerokie poparcie dla postulatów organizacji pozarządowych, by nasz kraj wywiązał się z obietnic złożonych Afryce i krajom najuboższym również na innych kontynentach. To też jest pole do działania dla szkoły we współpracy z lokalnymi instytucjami i organizacjami. Więcej można dowiedzieć się na stronie www.ubostwo.pl.
Sprawiedliwy Handel, mikrokredyty, większa i bardziej skuteczna pomoc państw bogatszych dla krajów Południa – każdy z tych problemów wymaga działania już teraz i w każdy możemy się zaangażować. Czy świat będzie dzięki temu całkiem sprawiedliwy? Pewnie nie. Ale w naszych rękach jest klucz do sprawiedliwości dla tych, którzy sami nie mogą się bronić. Skorzystajmy z tej szansy – dla świata i dla siebie.
Przeczytaj też: